Kategorie: Wszystkie | Dorośli | Dzieci | Sama robiłam | W drodze
RSS
piątek, 09 marca 2012
Zdrowy przedszkolak

Trochę śmieją się z mamusiek, że najpierw dziecku ekologiczne jedzenie dają, albo słoiczki - bo badane, a po pierwszych urodzinach już frytki z colą. Faktem jest, że w niepojęty dla mnie sposób ludzie tracą poczucie tego, co dla dzieci dobre, gdy te przestają być niemowlętami. Moja własna babcia Synkowi przed obiadem daje tuzin waflowych rożków, a teściowa pozwolenie na jedzenie ciasta raz dziennie nazwała "rygorem", sama po zabieganym dniu łamię się w negocjacjach z dzieckiem, kiedy namawia mnie na kolejnego orzeszka, bananka czy ciasto, które zobaczył w kuchni.

Tym bardziej cieszy mnie akcja Zdrowy przedszkolak. Dla mnie osobiście stanowi ona potwierdzenie, że nie jestem dziwna, mając w domu czterolatka, który nie próbował coli, a frytki jadł ze dwa razy z piekarnika. Stanowi inspirację na budowanie dalszego menu (zwłaszcza podwieczorków), zachęca do nieustawania w staraniach o to, co Synek je. Oczywiście szersza skala też mnie interesuje - mam cichą nadzieję, że "moje" przedszkole nie przystąpiło do akcji, bo nie musi - mając na etacie dietetyczkę, własną kuchnię i chwaląc się doskonałą opieką nad dziećmi z cukrzycą. Niemniej napomknę o tym przy najbliższej okazji :)

"Zdrowy przedszkolak" koncentruje się na tym, jak w najprostszy sposób posiłki przedszkolaka mogą wpływać na jego zdrowie.

- ograniczać słodycze
- korzystać z produktów lokalnych, świeżych
- jeść dużo kasz (dopiero rozszerzając dietę Synkowi zaczęłam kupować kaszę gryczaną niepaloną czy jaglaną, która stała się naszym codziennym śniadaniem)

Na obecnym etapie walczę o niepodjadanie między posiłkami, bo często jabłka czy garść orzechów powodują brak apetytu na obiad czy kolację. Trzeba popracować głównie - jak zwykle przy dzieciach - nad sobą.

czwartek, 10 listopada 2011
Co czytaliśmy z Synkiem - październik

Mamy już zaawansowany listopad, więc ja jeszcze szybciutko podsumuję Synkowe lektury z października, kiedy to Synek liczył sobie trzy lata i cztery miesiące. 

Poprzednie "Elmery" (Davida McKee) oddaliśmy do biblioteki i pożyczyliśmy ostatnią nieczytaną księgę o słoniu w kratkę - "Elmer i Róża". Całkiem dobra opowieść, trzyma poziom serii. Jednak nieco mniej tematów do rozmów - kwestia odmienności pojawia się wszak w każdym tomie. Niezwykłe, kolorowe ilustracje od razu przykuwają uwagę Synka i długo wpatruje się w różne szczegóły.

Na dobranoc czytamy więc zwykle "Elmera i Różę" oraz "Gwiazdkę Laury", o której więcej pisałam w ubiegłym miesiącu. "Gwiazdka" jednak stała się bardziej rytuałem, znanym i przewidywalnym, niż ulubioną książeczką.

Na dobranoc czytamy też "Co za szczęście/co za pech" Thomasa Hallinga. Jeden dzień, te same wybory - a mogą się zupełnie inaczej skończyć. Dyskutujemy sobie z mężem, czy to skłania do braku zaangażowania (cokolwiek zrobię, to i tak nie ma większego znaczenia), czy też stanowi pocieszenie (?), że nie wszystko możemy kontrolować. Dla Synka to śmieszna opowieść, a właściwie dwie. Mało tekstu i duże piękne obrazki Evy Eriksson.

W dzień najczęściej czytamy "Julka i Julkę" (Annie M.G. Schmidt). Książeczki już zachwalałam, ale teraz dodam, że te krótkie opowiadania sprawiły, że Synek lubi słuchać, nawet kiedy nie widzi obrazków, albo ilustracji jest mało. Potrafi w skupieniu posłuchać nawet długich opowiadań i bardzo to lubi.

Właśnie - zaskakująco dla mnie - Synek szalenie polubił "Emila ze Smalandii" Astrid Lindgren. Już poprzednio pisałam, że trudne wyrazy oraz długość opowiadań sprawia, że pewnie książkę odłożę jeszcze na jakiś czas. Teraz okazuje się, że "Emil" to ulubiony bohater! Nie ma dnia bez Emila. Na razie czytamy egzemplarz z kolekcji Polityki, ale przy najbliższej wizycie w bibliotece pożyczamy książki wydane przez Zakamarki.

Od pewnego czasu czytamy też o perypetiach Billy'ego - "Billy i tajemniczy kot" i "Billy jest zły" (Birgitty Stenberg). Bardzo podoba mi się, że nie ma tu smrodka dydaktycznego, a mimo to łatwo jest zacząć rozmowy o złości, o emocjach w ogóle, o przyjaźni, o tym, że czasem trzeba robić co innego, niż mamy ochotę, o kłamstwach. Ilustracje Mati Leppa są też atutem tych książek. Napisano ich już kilkanaście, w Polsce wydano tylko te dwie - mam nadzieję, że będzie kontynuacja.

Na koniec o Synkowym osobistym wyborze w bibliotece - "Auta". Książka z obrazkami z filmu Disneya i płytą CD. Okazało się, że tekst książki (i płyty) to fragmenty ścieżki dźwiękowej filmu plus narrator. Dodatkowo dograno efekt dźwiękowy, który sygnalizuje, kiedy dziecko ma przewrócić stronę. Spodziewałam się wydawniczego potworka, a otrzymaliśmy całkiem fajną rozrywkę. Przypomnę, że na płycie słychać m.in. Daniela Olbrychskiego, Dorotę Segdę, Witolda Pyrkosza, Krzysztofa Kowalewskiego.

W listopadzie lista lektur nam się nieco zmienia - ale "Julki" zostają niezmiennie faworytem! Szerzej napiszę za miesiąc.

Tagi: książki
14:37, wanderluster , Dzieci
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 listopada 2011
Dzień Zdrowego Śniadania

Wieść niesie, że dzisiaj Dzień Zdrowego Śniadania.

Taki Dzień sugeruje, że jednak dobrze i zdrowo śniadamy od święta, a szkoda. Nie tylko ważne jest, żeby nie wychodzić z domu bez śniadania, ale także, by to, co położymy rano na talerzu, było wartościowe.

Uwielbiam śniadania. Nawet gdy wstawałam nocą (zimą, o 6) do pracy, zawsze przygotowywałam ciekawy zestaw - choć jadłam sama. Chyba to jedyny posiłek, o który tak dbam, gdy mam jeść sama. Kolorowe, różnorodne śniadanie daje nie tylko energię i różne potrzebne elementy, ale wprawia mnie w świetny humor. Psychologiczne działanie śniadania jest genialne :)

Fantastyczne też jest poranne (albo i "poranne") biesiadowanie w szerszym gronie. Śniadanie jest o tyle fajne, że po nim możemy coś jeszcze zrobić, pójść na spacer, na wycieczkę, od razu realizować pomysły, jakie dały nam inspirujące rozmowy przy stole. Śniadanie wielkanocne w rodzinnym gronie, śniadanie slowfoodowe w restauracji w Zamku Królewskim w gronie przyjaciół czy śniadanie na trawie letnią porą, także w kameralnym gronie... Coś pięknego!

Nic dziwnego, że mój rachunek śniadaniowego sumienia wprawia mnie w zadowolenie.
Mąż-Lis śniadanie miał zdrowe, kanapki z chleba na zakwasie, z grillowanymi warzywami. Chleb robiłam sama, warzywa kupowałam od rolnika.

Synek i ja jak zwykle jedliśmy kaszę jaglaną z jabłkiem  i odrobiną masła. On tak je od zawsze (trzy lata :) ), ja od czasu do czasu, ale od kiedy wstajemy razem i rano razem jedziemy do przedszkola, to ja też zwykle raczę się jaglanką. Szybko, zdrowo. Jaglanka ma mnóstwo soli mineralnych, lecytynę, witaminy z grupy B, a przy tym jest bezglutenowa. Ma też krzemionkę, która świetnie wpływa na stan stawów, włosów, skóry, paznokci. Do tego pomaga przy przeziębieniach. A jest przy tym delikatna, pyszna. Do kaszy mieliśmy jabłka z podwarszawskich sadów - malinówki, to stara odmiana.

Dzisiejsza jaglanka to wersja skromna, można dodać do niej rodzynki, suszone śliwki, morele (staramy się kupować niesiarkowane), orzechy, migdały. I oleje nierafinowane - z dyni, lniany, słonecznikowy. Ważne, by był tłuszcz (rozpuszczanie witamin) i witamina C (przyswajanie żelaza - jaglanka ma go dużo!). W sezonie jeszcze wszelkie inne owoce.

Nie potrafię argumentować, dlaczego śniadanie w domu to ważna rzecz. Są i tacy, którzy jedzą dopiero w pracy, a śniadanie dla dzieci w domu to poranne kakao. Można i tak, choć ja lubię chwilę spokoju przy stole, nawet kosztem kilku minut snu. A jeśli jeszcze można zjeść w towarzystwie - to już pełnia szczęścia!

poniedziałek, 03 października 2011
Jesiennie

Piękna jesień mnie bardzo cieszy - zwłaszcza po niezbyt udanym lecie.

Cieszy mnie słońce, zapach powietrza rankiem, liście powoli zmieniające barwy. W sobotę i niedzielę mogliśmy się nacieszyć spacerkami - Synek z tatą szalał na placu zabaw, a ja z Córeczką spacerowałam powoli, statecznie, ciesząc się słońcem i ciszą późnego poranka.

Jesień Synka też cieszy, zwłaszcza zbieranie kasztanów. Nowe kasztany zawsze idą do swoich kolegów w domu, zawsze grzecznie mówią im cześć, dzień dobry, jak się macie? Żołędzie też są fajne, ale nie aż tak. Może kiedy znajdziemy takie z czapeczkami, to zdobędą więcej uwagi Synka?

Na zachętę do oglądania przyrody z bliska - liści, szyszek i innych możliwych znalezisk - sprawiłam synkowi lupę. Mam nadzieję, że spodoba mu się taka zabawa. Prócz tego, że poznaje się przyrodę, taka zabawa ćwiczy umiejętność skupienia się, koncentracji, a ja mam wrażenie, że to szczególnie przydatne u takiego żywiołowego dziecka, jakim jest teraz Synek.

Ja tymczasem ćwiczę swoją cierpliwość bawiąc się w przygotowywanie przetworów. Zwykłe kiszonki czy dżemy, jakie można spotkać w sklepie, na razie mnie nie interesują, może oprócz tradycyjnych powideł. Oprócz tego jednak robię syrop imbirowy (fantastyczny w te chłodniejsze dni), śliwki w słodkiej marynacie, chutney z zielonych pomidorów (byłam sceptyczna, ale wyszedł wspaniały!).

Teraz jeszcze zostaje zrobić kandyzowany imbir. Wszystko to wymaga właśnie cierpliwości - żeby się zrobiło, a potem - żeby nie zjeść od razu z garnka, tylko odczekać - przynajmniej kilka miesięcy.

Taką jesień to ja bardzo lubię!

sobota, 01 października 2011
Co czytaliśmy z Synkiem - wrzesień

Synek ma 3 lata i 3 miesiące.

Wrzesień to miesiąc fascynacji Elmerem. Musieliśmy oddać do biblioteki "Elmera i hipopotamy", więc starałam się pożyczyć inne przygody Elmera (napisane i zilustrowane przez Davida McKee), żeby rozstanie nie było bolesne i Synek miał nową ulubioną książeczkę. Tym sposobem zaczytywaliśmy się w "Elmerze" (wersja domowa: jak Elmer się turlał), "Elmerze i nieznajomym". Na koniec miesiąca udało nam się jeszcze pożyczyć "Elmera i Wilbura" oraz "Elmera i zaginionego misia". Wszystkie książki bardzo mi się podobają, graficznie są ciekawe, treść kapitalna. Słownictwo bogate. Czekamy jeszcze na jedną część - "Elmer i Róża".

Z kolejnych wypraw do biblioteki przynieśliśmy książeczkę o Laurze: "Gwiazdka Laury", napisana przez Klausa Baumgarta. Na okładce zapowiedź kolejnych opowieści o Laurze, ale ja wcześniej nie spotkałam się z tą serią i z tą bohaterką. Bardzo ładna książka, uczy opowiadać o uczuciach i emocjach - o samotności, o radości, o przyjaźni, o smutku, o tęsknocie, o kilku innych też. Tylko jedno zdanie mi się nie podoba - sugestia, że Laura nie może opowiedzieć rodzicom, co czuje i dlaczego.

Kolejna zdobycz to "Chłopiec i pingwin" Oliviera Jeffersa. Początkowo wydawało mi się, że książka jest trochę za trudna - ale Synkowi bardzo się spodobała. Kulminacyjnemu momentowi, kiedy chłopiec i pingwin spotykają się ponownie i przytulają się, zawsze towarzyszą emocje, my też się przytulamy radośnie. Bardzo ładna książka, widziałam też, że powstał film na jej podstawie - pewnie też go zobaczymy.

Od pewnego czasu nie ma dnia bez "Julka i Julki", cyklu książek Annie M. G. Schmidt. Bohaterowie mają po pięć lat, więc prawie dwa razy więcej niż Synek, ale i on wiedzie podobne życie - goni kota, złości się, podjada ciasto i chętnie pobawiłby się z Julką. Opowiadania są króciutkie, w sam raz, żeby młody człowiek zdołał skupić swoją uwagę. Do tego mają obrazki, więc Synek domyśla się, o jakich przygodach mowa i sam wybiera, co czytamy. 

Ale nie zawsze czytamy ambitnie. Synek ma też słabość do Boba Budowniczego, więc z biblioteki przyniósł sobie "Spychacz w błocie" (hm - bez autora). Nie wszystko musi mieć wymiar edukacyjny i rozwijający, niech dziecko też ma książeczki czysto rozrywkowe.

Ostatnio próbowałam czytać Synkowi "Emila ze Smalandii" i "Lottę z ulicy Awanturników" (Astrid Lindgren). On był zainteresowany, chce wrócić do tej książki, ale ja myślę, że jeszcze na to trochę za wcześnie ze względu na język. Sporo słów muszę tłumaczyć - zagroda, parobek, służąca, waza, bryczka, kozioł, korony, pończochy. Dodatkowo rozdziały są dla Synka za długie - udaje nam się dojść do połowy rozdziału. A potem Synek chce czytać od początku, i jeszcze, i jeszcze raz.

Tagi: książki
01:29, wanderluster , Dzieci
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26